Zapiski łysego naleśnika (było internetowego dinozaura)
Kategorie: Wszystkie | Prywatne | Publiczne | Różności | Zadziwienia
RSS
niedziela, 17 grudnia 2006
Z Japonii
Na początku listopada miałem przyjemność odwiedzić (po raz drugi) Japonię.
Pierwszy raz byłem w okolicach Tokio (w Chiba - takie tam przedmieście jak Grodzisk Mazowiecki dla Warszawy, bagatela milion mieszkańców). Teraz przyszło mi odwiedzić drugą metropolię - Osaka/Kyoto/Kobe. Byłem tam z okazji pewnej konferencji. Poniżej relacja z dnia nr 1.

Lot był długi i męczący, samolot wypełniony w 100%. Na szczęście siedziałem tak, by mieć trochę więcej miejsca na nogi. Na lotnisku czekał na nas jeden z organizatorów konferencji. Zostaliśmy (grupka 6-7 osób) "zaopiekowani" przywiezieni na miejsce do hotelu. W hotelu pokoje nie czekały - check-in od 15 (a była 11). Ale o 13 była zbiórka na wycieczkę do zamku Himeji - jakieś 40 minut pociągiem. Na wycieczkę zebrało się pewnie z 15 osób - było to zabawne, bo staliśmy w hallu na stacji kolejowej w Kobe i co chwilę podchdził ktoś nowy. Nikt właściwie nie wiedział na co czekamy, aż w końcu organizator postanowił - OK dość czekania jedziemy. Co zrobiliśmy. Wcześniej jeszcze zakupiłem na stacji lunch-box (Japanese style - z pałeczkami), którego zawartość pożarłem w pociągu. Jedzenie pałeczkami wcale nie jest takie trudne gdy człowiek jest głodny....
Zwiedzaliśmy zamek (ciekawy) przed zamkiem - atrakcje turystyczne:
"gejsza"

i "samuraj"


Zamek zaś wyglądał tak:


Na pierwszym planie - wycieczka szkolna w mundurkach. Generalnie - wszystkie wycieczki szkolne biagają w mundurkach...
A zamek z bliska:

A potem powrót - oczy na zapałkach - 36 godzin na nogach i...
po powrocie znowu niespodzianka - zaproszenie na kolację dla wszystkich uczestników wycieczki.
Więc szybki powrót do hotelu, meldunek, kąpiel i z powrotem do miasta. Byliśmy w knajpie japońskiej, takiej z niskimi stolikami i poduszkami na podłodze, gdzie trzeba było zdjąć kapcie. Ale na szczęście nie siedziało się w kucki - pod stołem w podłodze była elegancka dziura.Kolacja niesamowita - kelnerki w kimonach, nie mówiące po angielsku, potrawy japońskie do bólu. Na przekąskę surowa ryba.

Potem kociołek z rosołem (na palniku - jak fondue) i ogromny pólmiske na który nałożone było surowe mięso i warzywa (ryby, owoce morza, kurczak, wołowina, wieprzowinam kapusta, grzyby i jeszcze coś). Wszystko to razem wkładaliśmy do kociołka, a potem jak się już podgotowało, to kelnerka pokazała nam jak (i co) wyciągać - i do jedzenia. Zabawy było co niemiara, bo jedzenie pałeczkami, ale dobre.

A jak już wyjedliśmy wszystko (niemal) z rosołu to kelnerka wyciągnęła z rosołu resztki mięsa i warzyw, nasypała do środka ryżu a potem wbiła jajka. I jak już się ścięły to taką jajecznicę z ryżem na rosole podała w małych miseczkach.
I na koniec był jeszcze deser - jedna kulka lodów ;-).

A potem - powrót do hotelu i wreszcie spaaaać. I następnego dnia do pracy.
Ale i tak jeszcze jeden dzień na wycieczkę do Kyoto udało się wygospodarować. O czym pewnie napiszę.
Pozdrowienia

sobota, 25 listopada 2006
Pedały
Niedawno miałem imieniny. I postanowiłem tą okazję wykorzystać, żeby uzupełnić swoją rowerową kolekcję akcesoriów i gadżetów. Ogłosiłem w rodzinie, że nie chcę żadnych głupot, wody po goleniu mam jeszcze z Wigilii 2004, szalików, skarpetek i swetrów nie potrzebuję. Za to chcę składkowy prezent od wszystkich. Zatrzaskowe pedaly i buty. No i dostałem. Chciałem wypróbować od razu, ale okazało się, że za żadne skarby nie mogę odkręcić starych pedałów. Udałem się więc do serwisu (zresztą w tym samym dokonany był zakup) i zamówiłem założenie pedałów i przy okazji przegląd roweru przed zimą.
A dzisiaj miałem okazję pojeździć (tydzień temu zresztą też).
Okazało się, że buty w rozmiarze 43 są minimalnie przyciasne, ale zdecydowałem się ich nie wymieniać, bo pewnie się rozciągną a 44 byłyby chyba za duże.
A poza tym - jeżdżę. Do tej pory nigdy w życiu nie jeździłem z takim ustrojstwem, ale słyszałem, że pomaga. Rzeczywiście - jazda jest trochę inna - nie trzeba przy pedałowaniu dociskać nogi do pedałów, dzięki czemu martwy fragment obrotu korby, gdy noga idzie do góry, może być wykorzystany. Pracuja przy tym inne mięśnie - co też jest miłe. Na razie wrażenie mam takie, że przy trudnym podjeździe można wykrzesać z siebie więcej mocy. Wpinanie i wypinanie jest proste, trzeba tylko pamiętać, że jednak noga jest przypięta. Nie udało mi się jeszcze jedak sprawdzić czy zatrzaskowe pedały pomagają w lepszych osiągach na dużych dystansach. Póki co, przez dietę jestem słaby jak niemowlę i średnia prędkość na dłuższych dystansach oscyluje woków 25 km/h, czyli całe 5 gorzej niż w szczytowej formie. Obawiam się, że tej jesieni już tak zostanie.
Więc - byle do wiosny.

Kilogramy
mnie prześladują. I to w dużej liczbie. Moje własne zresztą. Kiedy w zeszłym roku byłem na północy postanowiłem zredukować ich liczbę. I jak mówiłem tak zrobiłem. Pozbyłem się 10 i byłem z tego powodu bardzo dumny. Potem powróciłem do domu. W domu było miło przyjemnie, inny rytm pracy i obowiązków. I tak kilogram do kilograma i wszystkie wróciły. Ale zaczynam od nowa. I tym razem mam nadzieję, że na dłużej. Bo w domu nie tylko ja zrzucam ;-). Po prostu musimy wszyscy wspólnie przestawić się na inną dietę.
Zobaczymy.
sobota, 14 października 2006
Ewolucja to kłamstwo
według naszego wiceministra edukacji. Zawsze dziwiło mnie, że w USA - kraju o najwyżej rozwiniętej nauce - możliwe jest, żeby wyznawcy kreacjonizmu doprowadzali do nakazu nauczania kreacjonizmu (teraz to się nazywa inteligentny projekt) obok ewolucji. Dawało mi to nawet taką głupią satysfakcję, że jednak u nas, mimo wszystko, to by nie było możliwe. No i mam za swoje. Wyznawca takiego poglądy jest wiceministrem edukacji. A zgaduję, że minister też. Ręce i nogi się uginają....
A sytuacja polityczna taka, że PiS nawet okiem nie mrugnie, jak minister edukacji nakaże nauczania kreacjonizmu jako obowiązującego dogmatu. Na szczęście programy szkolne się zmienia dłużej niż ci idioci będą rządzić. Ale wstyd straszny.

wtorek, 10 października 2006
Cyrk na kółkach
Dwa newsy przedzielone 40 minutami:

13:19 Lepper i Giertych: Jesteśmy jednym ciałem

12:39 Maksymiuk: jeśli PO złoży wniosek o konstruktywne wotum nieufności, Samoobrona go poprze

Czy mam rozumieć, że Roman G. poprze wniosek o konstruktywne votum nieufności zgłoszone przez PO?
ŁoMatkoBosko...

Urodziłem
podobno. W każdym razie urografia nic nie wykazała. Cieszę się jak szympans na przepustce z zoo.
Uhuhuhuhu ha!

Balcerowicz musi odejść
I w końcu odejdzie. I to dopiero będzie tragedia dla populistów. Połowa programu gospodarczego zniknie w jednej chwili. Zniknie wróg, któremu przypisane są wszelkie nieszczęścia prawdziwe i urojone. Zamiast zostanie tylko szara smutna rzeczywistość, w której nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. I nie będzie można zwalić na to, że Balcerowicz ukradł ciastko. Pewnie kogoś się znajdzie - układ, szara sieć, agentów ze wsi. Ale to już nie to samo.. Jeszcze do niego zatęsknią.

Smutno
Odszedł. Jego muzyka zawsze była dla mnie ważna. No i zasłużył się pewnego wieczoru. Gdy siedziałem razem z pewną dziewczyną, słuchaliśmy razem Grechuty a ja głaskałem ją po ręce - i tak już zostało. Ale muzyka zostanie - nie zestarzała się nic a nic. Zwłaszcza ta najdawniejsza.

piątek, 22 września 2006
Ptactwo odlatuje
Słyszałem na własne uszy. Jestem ciekaw czy kaczki paranoiczki też polecą.
Oby.
wtorek, 12 września 2006
Kuracja
nie jest najgorsza. Mam oficjalnie zalecone od mojego lekarza domowego (który prywatnie jest dobrym przyjacielem) trzy rzeczy (oprócz leków, oczywiście):
- chodzić,
- dużo pić, w tym nie żałować sobie piwa,
- brać ciepłe kąpiele.
Czyli - piwko, spacer, do wanny (z piwkiem) na spacer, itd., aż do urodzenia.
Staram się jak mogę ;-).

P.S. Niestety, zgubny pracoholizm bierze górę i na trzech piwach i jednej kąpieli dziennie się kończy....

P.P.S
Dostałem jeszcze jedno zalecenie.
Jeżdzić na rowerze.
;-)
Hi hi hi - ta kuracja to po prostu wakacje....


niedziela, 10 września 2006
Rodzę
i to po raz trzeci. Mimo,  że jestem jak najbardziej facetem. I nie robię tego per procura.
To jest bardzo, bardzo nieprzyjemne. Wyczytałem, gdzieś w internecie, opis objawów - pacjent "chodzi po ścianach". Zgadza się co do joty.
Na szczęście leki przeciwbólowe w końcu zaczęły działać - wspmożone przez gorącą kąpiel...
A wydawało się, że mi się upiecze. Od 15 lat wiedziałem, że noszę go w sobie - i nic. Aż do wczoraj. Poprzedni atak miałem tydzień po ślubie. Tym razem uczciłem zjazd maturalny Ukochanej ;-).
Pozdrawiam obolały.
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Chorwacja IV
I zaczęły się wakacje. Pierwsze wrażenia na temat ośrodka były jak najbardziej uzasadnione. Piękne miejsce, umiejętnie wplecione w przyrodę, położone o dwa kilometry od uroczego miasteczka Nin, które ma więcej lat niż mieszkańców - a tych ostatnich ma ze dwa tysiące.
Z jednej strony widok na górzyste wyspy z drugiej strony na wał gór oddzielający śródziemnomorską Dalmację od wnętrza kraju. A dzięki wiezionym na dachu rowerom mieliśmy okazję zwiedzić najbliższą okolicę dość dokładnie (zwłaszcza ja, oczywiście). Zacząłem od razu pierwszego dnia od krótkiej 25 kilometrowej przejażdżki po najbliższej okolicy. Potem stopniowo wydłużałem odległości, dochodząc do 80 kilometrów. W wielu z tych wycieczek towarzyszyła mi Ukochana, a w niektórych nawet nasze nastolatki.
Ukochana zaczęła od wycieczki do Ninu na kawę, ale potem rozkręciła się znakomicie i jeździliśmy razem na wycieczki 20 - 30 kilometrowe. Najciekawsze były wycieczki na wyspę Vir, około 45-50 kilometrów w dwie strony. Dwukrotnie byłem tam sam, ale potem cała reszta wycieczki zachęcona zdjęciami postanowiła się tam wybrać razem ze mną. I wybrały się, dojechały i wróciły. I chociaż momentami musiały prowadzić rowery, bo sił brakowało by wjechać na górę, to nie narzekały i podziwiały.
Oczywiście nie samym rowerem człowiek żyje. Korzystaliśmy z plaży i wody na tyle na ile pozwalały okoliczności - a te nie były zbyt łaskawe. Ja dostałem uczulenia na słońce i sól. Tamtejszy lekarz zdiagnozował je jako spowodowane używaniem .... balsamów ochronnych przeciw słońcu. Maleństwo przez kilka dni było prześladowane krwotokami z nosa.
Ale woda była wspaniała. Przejrzysta i ciepła. A na dnie - życie. Rybki, rozgwiazdy, ukwiały rozmaitych rodzajów. Niektóre o wyglądzie dość obscenicznym, swobodnie kołyszące się w wodzie, niektóre w postaci podobnej do kwiatu wyrastającego płasko z dna. Te ostatnie pobudzone prądem wody w mgnieniu oka zwijały się do wnętrza rurki zakopanej w dnie. Po takim zwinięciu jedynym śladem po ukwiale zostawał okrągły otwór w dnie.
Gdyby nie uczulenie to mógłbym tak leżeć w wodzie w masce i z rurką godzinami..
Ale i tak bylo fantastycznie.
Po raz pierwszy na południu podobało mi się plażowanie. Przed palącym słońcem można się było schować w cienistym gaju piniowym, gdzie na leżaku można było drzemać do woli albo - częściej - czytać książki. Ja zabrałem ze sobą Europę Davisa, i dzięki oceanowi czasu mogłem ją spokojnie przestudiować. Polecam. Na następne wakacje biorę Wyspy...
A wieczorem ... nieodmiennie (niemal co dzień) przyciągał nas Zadar. Piękne miasto, połozone zaledwie o 15 kilometrów od naszego ośrodka. Miasto osiemdziesięciotysięczne, które wyglądało bardziej miejsko od Warszawy. Miasto zbudowane jeszcze przez Rzymian (jak wszystko w okolicy), było bardzo długo pod panowaniem Wenecji i to widać. Stare centrum, położone na wyspie, jest otoczone potężnymi murami, a w środku to czego się można spodziewać - wąskie uliczki, zaułki, sklepy knajpki. Dwie główne ulice wyłożone wypolerowanym wapieniem, można by na nim się ślizgać. A na głównym placu pozostałości rzymskiego forum. Kawałek tego forum wykorzystywany zresztą jako tor wyścigowy dla pojazdów mechanicznych powożonych przez dzielnych przedszkolaków....
Zrobiliśmy sobie także dwie dłuższe wycieczki - nad wodospady rzeki Krka oraz do Splitu.
Obydwie fantastyczne.
Wodospady - piękne, z niesłychanie bują przyrodą, pięknie pokazane. A na koniec - kąpiel u stóp wodospadu. W CIEPŁEJ górskiej rzece. O czystej wodzie, z rybami długości stopy pływającymi poniżej, pomiędzy głazami wyrzeźbionymi przez wodę. Z widokiem na ścianę wody spadającą z wysokości 8-10 m o dwadzieścia metrów dalej (kąpielisko było przezornie odgrodzone linką od wodospadu i dwóch ratowników na pontonie czuwało, by nikt nie próbował żadnych sztuczek...
Split - miasto niesamowite. Wyrosłe z pałacu cesarza Dioklecjana, przerastające ten pałac. Jeszcze piękniejsze od Zadaru. Już sam zjazd do miasta zapiera dech w piersiach - autostrada zjeżdża z gór na niewielki półwysep na którym leży Split i całe miasto widać jak na dłoni. A potem ... trzeba to samemu zobaczyć. Przepięknie.

Pozdrawiam
środa, 23 sierpnia 2006
Wyprawa
Chwilowo zamiast wspmnień z Chorwacji coś bardziej aktualnego.
W niedzielę wybraliśmy się nad jeziora - w okolice Łącka. Są to najbliższe do nas tereny jeziorańskie na naszej mazowieckiej nizinie.
Dziewczyny pojechały samochodem, a ja rowerem.
Wszystko było jak należy (czyli forma i humor)- tylko pogoda nie dopisała.
Najpierw lunęło  w mieście biskupów. Ale tam akurat spożywaliśmy wyrób pizzopodobny pod wielkim parasolem, więc nie przejąłem się bardzo. Uznałem, że przelotny opad i jak przestało to ruszyłem dalej - w końcu my nie z takich, których drobny deszczyk z drogi zawraca.
Niestety deszcze może były i przelotne, ale tego dnia przelatywały bardzo często.
Więc gdy dojechałem na miejsce (80 km) poszliśmy z Maleństwem popływać - i zaraz potem wróciliśmy, fundując sobie przy okazji małą wycieczkę krajoznawczo-sentymentalną.
Sentymentalną - bo w tamtych rejonach już bywałem. Najpierw jako szkrab przedszkolny w epoce lotów księżycowych, a potem jako młodzian w czasach, w których cukier był na kartki, ale za to piłkarze potrafili grać. Niestety, okolice jeziora Ciechomickiego straciły zupełnie swój urok z czasów dawnych. Tak to już jest, że jezioro powinno być zupełnie dzikie, albo zagospodarowane. Stan pośredni wiąże się zazwyczaj z brudem, hałasem i chaosem...
No i wróciliśmy. Tym razem wszyscy samochodem.
I na pociechę zrobiliśmy sobie wieczorem na naszym ulubionym tarasie grilla, siedzieliśmy do późna i zupełnie nam deszcz padający obok nie przeszkadzał.
Pozdrowienia

niedziela, 06 sierpnia 2006
Chorwacja III
A na granicy Chorwackiej niespodzianka. Miła dziewczyna wręcza nam folder w języku polskim o urokach Chorwacji, celnicy tylko machają jechać. Na mapie autostrada dochodziła prawie do granicy, w naturze, to prawie okazało się być dość rozciągłe. Ale po trzydziestu kilometrach w końcu dojechaliśmy. I właściwie dojazd był bez historii - ładnie gładko i (w miarę) szybko. W miarę, bo silnik jechał w trybie awaryjnym - nie dawało się przekroczyć 3000 obrotów. Aż wskazówka stanu paliwa zbliżyła się do rezerwy i trzeba było zjechać. Zjechaliśmy. Zatankowałem. Włączyłem silnik. Hura udało się. Jak tam kontrolka - ZGASŁA. Hura, hura, hura ! Silnik pracuje normalnie!! I tylko z drogi jeszcze jedna rzecz godna uwagi. Jeden kanał radia państwowego co pól godziny nadaje informację o ruchu. Po chorwacku, angielsku i niemiecku. Między innymi stan korków przed dwoma tunelami na autostradzie (w dwóch miejscach tunele są zrobione tylko na jednej nitce autostrady i jedzie się jednym pasem. Śledziliśmy te komunikaty z dużym napięciem, bo zaczęły się od pięciokilometrowych korków. Ale gdy dojeżdżaliśmy do rzeczonych tuneli (5.5 km w litej skale) kolejka stopniała do zera. 
I jeszcze jedno było ciekawe. Aż do samego wybrzeża Adriatyku w okolicach Zadaru przyroda jest znajoma. To cały czas jest Europa Środkowa, trochę inna, trochę zmodyfikowana, ale podobna. I nagle zjeżdżamy z gór i roślinność i krajobrazy zmieniają się dramatycznie. Pojawiają się gołe skały, roślinność śródziemnomorska, czuć uderzenie gorąca. W końcu wieczorem, dojeżdżamy do celu. Meldujemy się, dostajemy apartament na piętrze. Najpierw kręcimy trochę nosem na to piętro, ale potem stwierdziliśmy, że właśnie to było idealne - balkon, zupełnie prywatny, na którym mogliśmy trzymać również rowery.
Ośrodek, piękny, w piniowym lesie, przestronny, z piaszczystą plażą i bardzo ciepłą wodą.
I pierwsza kolacja - oczywiście nie mieliśmy siły niczego przygotowywać i poszliśmy do knajpy. Jednej z trzech w ośrodku. Wybraliśmy oczywiście najtańszą, czyli pizzerię. Zresztą - wszyscy lubimy pizzę. I muszę przyznać, że pizza była dobra. A jakie dobre było zimne piwo, po tych wszystkich przygodach....
A następnego dnia zaczynały się prawdziwe wakacje.
CDN
wtorek, 01 sierpnia 2006
Chorwacja II
Przygoda się zaczęła dziwnie. Silnik stracił moc a na desce rozdzielczej zapaliła się groźna lampka. Sobota po południu, właśnie wjeżdżamy do Słowenii a samochód szwankuje. Szybkie telefony w różne miejsca (po raz pierwszy na coś przydało się ubezpieczenie assistance, chociaż najbardziej przydał się telefon do pana Krzysia). W końcu diagnoza i decyzja - komputer wyłączył jeden cylinder i jedziemy na trzech.... i jedziemy dalej. Tylko powoli i ostrożnie, obserwując bacznie kontrolkę temperatury.
Z tą powolną i ostrożną jazdą to się nam udało od razu. Pięć kilometrów za granicą najpierw był punkt opłaty za autostradę (80 eurocentów i 800 metrów korka) a potem korek zupełny. Najpierw jechaliśmy w tempie 1 km na godzinę. Potem przez kolejne 5 minut zrobiliśmy kolejny kilometr. A potem stop i stoimy. A ja nawet silnika nie mogę wyłączyć, bo się boję, że już go z powrotem nie włączę. Kanał.
W końcu ruszyło. Nadal w tempie ślimaczym, tak koło 3 km /h. Dojażdżamy do Mariboru, przejeżdżamy za rozjazd na autostradzie, w miejscu w którym ta zwęża się do jednego pasa ruchu. I kawałek za tym rozjazdem widzimy co się stało. Ciężki ciągnik na prawym pasie holuje TIRa. Sądząc po tempie i odległości od wąskiego gardła TIR rozkraczył się właśnie tam. Jedziemy dalej, zjeżdżamy z autostrady, wyjeżdżamy z Mariboru. Droga się zwęża do jednego pasa, ale jazda jest płynna. Do czasu. Samochody przed nami dziwnie zwalniają. Stają. Stoją. Ruchu z przeciwka nie ma. KOREK.
Dziewczyny stanowczo żądają zjazdu z drogi przy najbliższej okazji.
Tym razem korek co jakiś czas się odkorkowuje i podjeżdża kilometr, dwa lub trzy. Podczas jednego takiego podjazdu z prawej strony widać jakiś motel. Zjeżdżamy, dziewczyny wysiadają i idą szukać toalety a ja się rozglądam (nie gasząc silnika) Syf. Wszędzie śmieci. Dużo podróżnych o śniadej cerze, kobiet w chustach na głowie. Zupełnie im ten śmietnik nie przeszkadza.
Dziewczyny wracają, ja też korzystam z toalety (silnik cały czas chodzi). Śmierdzi, zalana wodą - niby czysto a jakoś inaczej. Mydła w dozownikach też nie ma. Wracam, podjeżdżamy do zjazdu. Droga oczywiście zakorkowana - stoi. Za mną podjeżdżają kolejne samochody. Pierwszy omija mnie z lewej strony i wpycha się na siłę w korek. Rejestracja niemiecka, za kierownicą śniady gość, obok kobieta w chustce na głowie. Drugi gość omija mnie z prawej i wpycha się w korek. Rejestracja niemiecka, za kierownicą - no łatwo zgadnąć.
Korek rusza. Jakoś wjeżdżamy. Wleczemy się jeszcze pięć kilometrów. Granica. Sześćdziesiąt kilometrów w pięć godzin. Chyba nie lubimy Słowenii.
CDN.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10